czwartek, 23 marca 2017

Paweł Billert kompozytor rodem z Kruszwicy (1913-1996)

W tym roku mija 82. rocznica powstania Rozgłośni Polskiego Radia na Pomorzu i Kujawach. Jednym z wieloletnich pracowników rozgłośni był Paweł Billert - altowiolista, muzyk orkiestry Arnolda Rezlera i następnie wieloletni redaktor i szef redakcji muzycznej naszej rozgłośni. W rozgłośni Paweł Billert zajmował się pracą kompozytorską, tworzył audycje związane z folklorem i muzyką rozrywkową. Pod jego kierownictwem dawała swoje antenowe koncerty „Bydgoska Dziewiątka Radiowa”. Napisał muzykę do wielu słuchowisk. Niewiele osób wie, że Paweł Billert napisał muzykę do sygnału muzycznego rozpoczynającego radiowe transmisje "Wyścigu Pokoju".1

Urodził się w Kruszwicy w 1913 r., ukończył Konserwatorium Muzyczne w Toruniu, następnie muzykologię na UAM w Poznaniu. Pracując w redakcji muzycznej PR w Bydgoszczy. Od pierwszych dni po wojnie grał też w radiowej orkiestrze Arnolda Rezlera. Jest autorem popularnych utworów: Marsz Olimpijski, Roman, Wiedeńska serenada. Napisał też szereg utworów o charakterze masowym: Młodzi budowniczowie, Muzyka Polski Ludowej. Wiele aranżował, specjalizował się w opracowywaniu folkloru, dużo pisał dla zespołu Edmunda Donarskiego. Billert nie tylko opracowywał melodie ludowe ale też aktywnie uczestniczył w ich zbieraniu. Wraz z Anną Jachniną docierał do różnych zakątków regionu, rejestrował kulturę muzyczną i potem przedstawiał liczne audycje radiowe. Opublikował Pieśni ludowe z Kujaw i Pałuk i Kaszub wyd. PWM 1972. Jest to zbiór 1209 melodii ludowych z tekstem, nazwiskiem wykonawcy oraz miejscowości. Billert dyrygował też tzw. Bydgoską Dziewiątką Radiową, komponował muzykę do słuchowisk. Redagował cykl audycji m.in. Z muzyką nie będziesz samotny. Współpracował z Aleksandrą Ciesielską, Andrzejem Mroczyńskim, Grzegorzem Kardasiem. Był autorem sygnału transmisji "Wyścigu Pokoju". Przeszedł na emeryturę w końcu lat 70. Wyjechał do Szwajcarii gdzie zmarł w 1996 roku.2


Materiały zebrał Bartłomiej Grabowski, źródła:

1http://www.radiopik.pl
2 Z. Pruss (red.), P. Billert, w: Bydgoski Leksykon Muzyczny, KPTK Bydgoszcz 2004, s. 55.
Książka: Pieśni Ludowe Kujaw, Pałuk i Kaszub, opracowanie P. Billert, Polskie Wydawncnictwo Muzyczne 1972-1973.

niedziela, 19 marca 2017

Co ciekawego działo się w Kruszwicy i okolicy w latach 30-tych XX wieku? (19 marca)

Dziennik Kujawski. 1932, R. 40 nr 65 (19 marca)

Kino-Teatr „Ziemowit wyświetlał film pt. „Pochodnia”. Recenzje opisywało film jako arcydzieło osnute na tle wielkiej rewolucji francuskiej.

Na sali p. Rucińskiego odbyły się przygotowania do zjazdu hallerczyków. Miejscowy Związek Hallerczyków zebrał się aby uchwalić program zjazdu, który miał się odbyć w lipcu 1932 r. z udziałem błękitnego wodza gen. J. Hallera. „Przygotowania przedzjazdowe są w pełnym biegu”.

Rada Miejska w Kruszwicy odbyła zebranie w salce posiedzeń, które rozpoczął Michał Kopański w obecności dziesięciu radnych. Wprowadzono ławnika Magistratu, który został zatwierdzony przez komisję: wojewodę dr. Stanisława Hofmańskiego. Ławnik w obecności burmistrza, od którego otrzymał dokumenty złożył przysięgę urzędową. Uchwalono również budżet dodatkowy dla głównej administracji na sumę 16.930 zł. Przedłożony został przez magistrat regulamin biura RM. Burmistrz Borowiak został mianowany przez wojewodę komisarzem gminy żydowskiej.

W Kruszwicy Wsi radni gminy Kruszwica wybrali nowego sołtysa, większością głosów stanowisko otrzymał Stanisław Spychała. Dotychczasowy sołtys Wysocki wyprowadził się z gminy.

Wiadomości z Witowic: „Nasza gmina Witowice, położona jest pomiędzy dwoma polskiemi mleczarniami. Jedną mleczarnią w Jerzycach, oddalonych o trzy i pół kilometra, a drugą w Chełmcach odwa kilometry drogi. Są tu nawet dość dobre warunki, bo nam sami mleko z domu zabiorą i z powrotem odtłuszczane przywiozą. A jednak znalazło się w naszej gminie paru takich mędrków, którzy swą polskość sprzedawają aż do niemca Mantaja z Kruszwicy. Do tego czynu nieobywatelskiego jeszcze innych namawiają... Należy stwierdzić, że tych obywateli Polaków powinno się po nazwisku napiętnować, jeżeli nie zawrócą z obranej drogi, to niebawem to nastąpi na wieczną rzeczy pamiątkę”.

Dziennik Kujawski. 1936, R. 44 nr 66 (19 marca)

Wiadomości dotyczące Kruszwicy: „uwaga przed włamywaczami. W ostatnim czasie dość często zachodziły różne drobne kradzieże na terenie miasta i okolicy, lecz dotąd nie zanotowano, by włamywacze byli tak bezczelni i zakradali się do mieszkań w obecności lokatorów. W deszczową noc ze środy na czwartek, kontrolujący swój rewir, stróż nocny Pokorski usłyszał szelest, a następnie po przybliżeniu się do budynku zamieszkałego przez nauczycieli zauważył, że jest przystwaiona do muru drabina, którą złodzieje dostali się do mieszkania nauczyciela Zytura. Na widok zbliżającego się stróża, złodzieje pozostawili złożony już na podwórzu łup i uciekli”.

W Chełmcach odbyło się zebranie Kółka Rolniczego. Członkowie zebrali się w szkole podstawowej. Zebranie rozpoczął przewodniczący Tadeusz Mentkowski wiceprezes Kółka. Na wstępie Mentkowski wspomniał, że mija właśnie 68 lat od chwili założenia Kółka Rolniczego w Chełmcach, po czym powitał przybyłych na zebranie: sekretarza powiatowego W.T.K.R/ Krakowskiego z Mogilna i inspektora powiatowego Towarzystwa Ubezpieczeń Wzajemnych w Poznaniu Wojtczaka. Jako pierwszy zabrał głos sekretarz powiatowy, omawiając sprawy organizacyjne W.T.R. - ulgi w podatkach w związku z posuchą i raport z ewidencji członków miejscowego Kółka. Pan inspektor w dłuższym przemówieniu wskazał między innymi na kapitał zagraniczny w rozmowach z towarzystwem ubezpieczeniowym i omówił warunki ubezpieczenia w T.U.W. W Poznaniu. W stosunkach omówiono wiele zagadnień między Kołem a poznańskim Towarzystwem. Mężem zaufania do spraw ubezpieczeń wybrano Władysława Habera. Po dwugodzinnych owocnych obradach wiceprezes Mentkowski zakończył zebranie.

W Bachorcach odnotowano kradzież. W okolicy grasowali „bez przerwy miłośnicy cudzego drobiu”. Zakradali się do zabudowań Ignacego Krawczaka z Piecków. Łupem złodziejów padło 5 gęsi. Policja prowadziła dochodzenie.

Dziennik Kujawski. 1937, R. 45 nr 64 (19 marca)

W Kruszwicy odbyło się walne zebranie Klubu Wioślarskiego „Gopło”. Zebranie otworzył prezes Roman Tejkowski. Na przewodniczącego zebrania powołano Hilarego, na sekretarza Sielcz-Fedkowicza i Zbigniewa Grzbowskiego, na ławników: Jana Gierkie z Polanowic i Stanisława Bączkowskiego. Głos zabrał prezes Tejkowski, podziękował burmistrzowi Borowiakowi za ułatwienie pracy z okazji 25-lecia Klubu Wioślarskiego i regat międzyklubowych. Sprawozdania zarządu wykazały ożywioną pracę w poprzednim roku. Zarządowi udzielono absolutorium. Nowy zarząd tworzyli: prezes Roman Tejkowski, wiceprezes Czesław Jankowski i inż. Zbigniew Rutte, sekretarz Eugeniusz Kowalski, wicesekretarz Zbigniew Grzybowski, skarbnik Stanisław Cofta, naczelnik inż. Zbigniew Rutte, gospodarz Głowacki. Wydział wioślarski tworzyli: Leon Waszak, Zenon Adamski i Maksymilian Zieliński. W skład komisji rewizyjnej weszli: Siedlicz-Fedkowicz, Tomaszewski i Adam Koczorowicz. Wybrano również dwóch delegatów na zjazd sejmikowy do Warszawy: prezes Roman Tejkowski i Czesław Jankowski. Regaty w roku 1937 przypadały na 25 lipca.

Po licznych pertraktacjach Ochronka w Kruszwicy (Zgromadzenie SS. Elżbietanek) w Kruszwicy przy ulicy Kolejowej, dzierżawiona przez lata przez Prowincję Polską Zgromadzenia SS. Elżbietanek w Poznaniu, została wreszcie przez powyższe Zgromadzenie kupiona z budynkami i ogrodem. Nieruchomość powyższa stanowiła własność tutejszego Zarządu Miejskiego.

W Bachorcach odbyło się przedstawienie, urządził je Chór Kościelny z Piask. Aktorzy-amatorzy odegrali spektakl pt. „Genowefa”. Sala była pełna, część publiczności wróciła się do domu z powodu braku miejsc. Aktorzy znakomicie odegrali swoje role.

W kościele w Bachorcach odbyła się spowiedź wielkanocna, na którą zjechało 4-ch spowiedników-gości. Wysłuchano ogółem 600 osób.

Dziennik Kujawski. 1939, R. 47 nr 65 (19 marca)

Koło Stronnictwa Narodowego zorganizowało kurs „polityczno-uświadamiający”. Miejscowi działacze narodowi i członkowie powiatowego kierownictwa wygłosili przemówienia, po czym rozpoczęła się dyskusja na temat polepszenia bytu i „lepszego jutra Polski”. W kursie brali udział zarówno przedstawiciele inteligencji miasta, jak i robotnicy. Po skończonym kursie S.N. Odnotowało przypływ nowych wniosków dotyczących członkostwa w organizacji. Kierownictwo podczas wydarzenia objęli panowie Szeliga i Jańczak. Na zakończenie przytoczono słowa Hymnu Młodych „Polsce niesiem odrodzenie...”.

Następne zgromadzenie Stronnictwa Narodowego odbyło się w sobotę o godzinie 19:30 w sali p. Rucińskiego.

Dnia 19 marca 1939 r. odbyło się również szkolenie zorganizowane przez robotników katolickich. Kurs rozpoczął się wykładem niedzielnym wygłoszonym przez delegata Związku Robotników p. Bartkowiaka pt. „Katolicka myśl społeczna”. Wykłady miały odbywać się codziennie przez kilka dni na sali hotelu „Gopło”.

Opracował i zebrał materiały Bartłomiej Grabowski, źródło: publikacje Dziennika Kujawskiego.








czwartek, 16 marca 2017

Tragiczny finał wycieczki kajakowej na Gople - kolejna przestroga

Korespondent kruszwicki tak opisuje dramatyczne wydarzenie w Dzienniku Kujawskim z 16 marca 1934 roku: „Jeszcze nie zaczęły kąpać się złociste promienie słońca w lustrzanej taflii Gopła, jeszcze nie zaczęła unosić się ponad falami królowe ptactwa nadgoplańskiego... mewy, a już tajemnicze głębiny zdołały pochłonąć nową, pierwszą w bieżącym roku ofiarę.”

Dwaj członkowie S.M.P. w Rzepowie wybrali się na wycieczkę po jeziorze Gopło. Jednym z nich był Alojzy Bielasik, drugi to Józef Balcerzak, obaj pochodzili z Rzepowa pod Kruszwicą. Kiedy kajak znajdował się na środku Gopła, nagle wywrócił się i dwaj wioślarze znaleźli się w wodzie. Bielasik wydostał się na powierzchnie i zaczął płynąć, jednak po chwili, może doznając jakiegoś urazu zaczął tonąć.

Balcerzak natomiast miał więcej szczęścia i dopłynął do brzegu Gocanowa, gdzie na pół przytomny dowlókł się do szosy, skąd zabrał go przejeżdżający tamtędy mistrz rzeźnicki Józef Gutorski z Kruszwicy i po udzieleniu wycieńczonemu pierwszej pomocy i zaopatrzeniu w ciepłe okrycie, zawiózł go do domu.

Gmina rozpoczęła poszukiwania za Bielasiakiem, lecz nie odnaleziono ciała, stwierdzono, że poszedł na dno. Wszczęto śledztwo, które miało ustalić, co faktycznie było przyczyną tego straszliwego wypadku. Pan Józef za pomoc otrzymał słowa uznania i podziękowania ze strony gazety i rozbitka.


Opracowanie Bartłomiej Grabowski, źródło Dziennik Kujawski, fot. http://kruszwica.fotopolska.eu/433787,foto.html

środa, 15 marca 2017

Kapitan Zdzisław Radomski - kruszwiczanin z Dywizjonu 306

W czasie II wojny światowej w powietrzu walczyło około 14 tysięcy osób, w chwili zakończenia konfliktu do Polski wróciły około 3 tysiące. Po 1948 roku zostali wyrzuceni ze stanowisk w Wojsku Polskim, dostali też zakaz siadania za sterami.

Kiedy 27 sierpnia 1941 roku Zdzisław Radomski z Dywizjonu Myśliwskiego 306 lecąc nad francuskim Calais poczuł gwałtowne szarpnięcie, wiedział już, że został trafiony przez niemieckiego Messerschmitta. Spojrzał na lewą rękę, wisiała bezwładnie, zraniona pomiędzy barkiem, a łokciem. Krwawił, czuł, że słabnie, ale leciał dalej. Wylądował na polu koło wioski Deal w Anglii. Tam stracił przytomność. Ocknął się dopiero w szpitalu. Okazało się, że amputowano mu rękę. Zaopiekowała się nim pielęgniarka Judith Morrison. Była ciepła, opiekuńcza, wkrótce się w niej zakochał. Odwzajemniła uczucie. Do służby w lotnictwie wrócić nie mógł, choć za męstwo przyznano mu Virtuti Militari. W czerwcu 1948 r. został aresztowany przez Urząd Bezpieczeństwa i osadzony w więzieniu mokotowskim.

Zdzisław Radomski urodził się 28 stycznia 1915 r. w Kruszwicy. Szkołę powszechną ukończył w Inowrocławiu, a gimnazjum w Poznaniu. Po raz pierwszy z lotnictwem zetknął się w 1933 r., gdy latem wziął udział w kursie szybowcowym w Ostrzeszowie. Po zdanej maturze jesienią 1935 r. wstąpił do wojska i odbył przeszkolenie unitarne dla podchorążych przy 69 pułku piechoty w Gnieźnie, po którym z początkiem 1936 r. wstąpił do Szkoły Podchorążych Rezerwy Lotnictwa w Dęblinie. SPLR ukończył w październiku 1936 r. jako kapral podchorąży, z podstawowym przeszkoleniem w pilotażu (m.in. na PWS-16 i RWD-8). Jeszcze w tym samym roku rozpoczął studia w Wyższej Szkole Handlowej w Poznaniu. Po zaliczeniu pierwszego roku porzucił je i podjął stałą służbę w lotnictwie, otrzymując przydział do CWL-1 jako instruktor.

W sierpniu 1939 r. Radomski został przeniesiony do 3 pułku lotniczego w Poznaniu - nie brał udział w walkach, ewakuował się z personelem Bazy Lotniczej nr 3 na południowy wschód. Po agresji radzieckiej na Polskę usiłował przedrzeć się do Rumunii - udało mu się to ostatecznie 23 września. W Rumunii został internowany, jednakże zdołał uciec i przez Jugosławię i Włochy dotarł do Francji. Skierowany został do polskiego Centrum Wyszkolenia Lotnictwa w Lyon-Bron. Przeszkolił się tam na myśliwcach MS-406. W czasie kampanii francuskiej w maju i czerwcu 1940 r. nie stoczył ani jednej walki powietrznej z wrogiem, zaś po kapitulacji Francji ewakuował się do Oranu w Algierii, a następnie - wypływając z Casablanki brytyjskim statkiem - do Liverpoolu.

W Anglii Radomski trafił początkowo do Blackpool, dopiero 24 marca 1941 r. skierowany został do 1 School of Army Cooperation (szkoły współpracy z armią) na lotnisku w Old Sarum. 14 kwietnia 1941 r. przeniesiony został do 55 OTU w Usworth na przeszkolenie myśliwskie, po którym trafił do 32 squadronu. Nie zabawił tam jednak zbyt długo, gdyż 30 lipca 1941 r. otrzymał przydział do polskiego 306 Dywizjonu Myśliwskiego "Toruńskiego". Niedługo po swym przybyciu odniósł pierwsze zwycięstwo powietrzne - 16 sierpnia 1941 r. nad Hardelot we Francji zestrzelił na pewno Bf 109. Sam także został trafiony, jednak na uszkodzonym Spitfirze zdołał powrócić do Northolt. Jedenaście dni później, 27 sierpnia, w locie nad Calais, ponownie został trafiony przez Messerschmitta. Jeden pocisk z działka niemieckiego myśliwca przebił kadłub i rozszarpał lewą rękę Radomskiego na wysokości pomiędzy barkiem a łokciem. Mimo upływu krwi Polak zdołał uniknąć zestrzelenia, co więcej doleciał do Anglii i wylądował na polu niedaleko miejscowości Deal, w sposób minimalny uszkadzając samolot. Na ziemi nieprzytomnego już pilota z kabiny wyciągnęli Anglicy i zawieźli do szpitala. Dzięki transfuzji krwi i amputacji ręki Radomski przeżył.

Jako niezdolny do latania został oddelegowany na kurs dla kontrolerów naziemnych stanowisk dowodzenia - odbywał go od 10 lutego 1942 r. do 27 marca 1942 r., a następnie został przydzielony jako kontroler do 307 Dywizjonu Myśliwskiego Nocnego "Lwowskich Puchaczy". 11 września 1942 r. przeniesiony został na podobne stanowisko do 317 Dywizjonu "Wileńskiego", zaś od 8 grudnia 1943 r. był kontrolerem na stacji RAF Northolt. W dokumentacji widnieje także przydział Radomskiego do 58 OTU (21 kwietnia - 21 czerwca 1942 r.) w Grangemouth, jednakże nie wiadomo w jakiej roli przebywał on w tej jednostce.

15 lutego 1944 r. Radomski uzyskał stałe zwolnienie z Polskich Sił Powietrznych w polskim stopniu porucznika i angielskim Flight Lieutenanta. Odznaczony był Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari (nr 9236), Krzyżem Walecznych i Polowym Znakiem Pilota (nr 840). Jako cywil otworzył w Londynie klub, który zyskał potem dużą popularność wśród lotników polskich. Założył wraz z żoną Judith klub Orła Białego, który w krótkim czasie stał się w Londynie popularny. Pobrali się w 1945 roku, a Zdzisław postanowił zabrać żonę do Polski. W 1946 r. opuścił Anglię i powrócił do Polski, osiedlając się w Poznaniu.

W biurze linii oceanicznych spotkał kolegę, który pomógł mu zdobyć bilety na statek. Radomscy mogli przywieźć do Polski po 10 dolarów na osobę, ale udało im się wwieźć znacznie więcej. Wkrótce otworzyli w Poznaniu firmę i stali się poważanymi przedsiębiorcami. Trzymali się razem z innymi pilotami, którzy wrócili z Anglii, m.in z asem lotnictwa Stanisławem Skalskim i Władysławem Śliwińskim, z którego angielską żoną Myrą, Judith się przyjaźniła.

Wydawało się, że komunistyczna władza zostawi ich w spokoju, ale tak się nie stało. Z końcem 1947 roku Judith wyjechała do rodziców do Szwajcarii. Po powrocie do Polski musiała zdać paszport w urzędzie, który znajdował się w Warszawie. A że Śliwińscy mieszkali na Filtrowej, miała tam zanocować. Weszła do ich mieszkania, a stamtąd trafiła prosto do aresztu. UB-ecy zorganizowali w nim tzw. kocioł. Trwał 3 tygodnie.

Zatrzymano wszystkich, którzy wtedy zapukali do drzwi. Zdzisław postanowił uciekać, jednak bezpieka złapała go następnego dnia. Trafił podobnie jak inni zatrzymani w tej sprawie do więzienia, słynnego X Pawilonu. Wszyscy przeszli okrutne śledztwo.

Dopiero po jakimś czasie wyszło na jaw, że Władysław Śliwiński pracował dla polskiego Rządu na Wychodźstwie i słał raporty na Zachód. Jego proces nagłośniła prasa. Został publicznie potępiony i skazany na karę śmierci, która została wykonana.

Skalski także otrzymał karę śmierci, ale został przez Bieruta ułaskawiony. Zdzisław Radomski nie dał się wrobić w działalność wywiadowczą, choć go torturowano. Ubecy bili go w kikut ręki, wiedząc, że są tam zakończenia nerwowe. Milczał. Skazano go tylko na półtora roku za przestępstwa gospodarcze. Judith przesiedziała rok bez żadnych zarzutów. Gdy Radomscy opuścili więzienie, okazało się, że nie mają do czego wracać.

Cały ich majątek, szacowany na pół miliona ówczesnych złotych (średnia pensja wynosiła około 1500 zł), przepadł. Podobnie jak mieszkanie. Na dodatek UB nie spuszczała oka ze Zdzisława.
Nie zamierzali dłużej tego znosić, ale wyjechać z Polski z dnia na dzień nie mogli. Granice były już szczelnie zamknięte. Wtedy wpadli na dobry, choć ryzykowny pomysł. Rozpuścili plotki o tym, że się kłócą i rozwodzą. Chcieli, by doszło to do bezpieki.

W ciągu roku załatwili rozwód w urzędzie, dzięki czemu Judith odzyskała swoje szwajcarskie obywatelstwo i pośpiesznie opuściła Polskę. Druga część planu ucieczki była trudniejsza. Wiedząc o tym, że jest śledzony, Zdzisław starał się o leczenie szpitalne. Pobyt w szpitalu miał odciąć go od agentów. Wymeldował się z mieszkania, a po wyjściu z lecznicy podał gospodyni nowy, warszawski adres. Oczywiście fałszywy.

Radomski uniknął losu Śliwińskiego, Skalskiego i Kamińskiego, został wypuszczony na wolność. Natychmiast skorzystał z okazji i uciekł na Zachód. W okresie późniejszym prowadził szeroko zakrojone interesy w Europie, Ameryce Północnej, a nawet na Wyspach Bahama.

Gdy nagle zniknął, bezpieka zastanawiała się jaki sposób Radomski opuścił Polskę. Można się tylko domyślać, że uciekł amerykańskim kanałem przerzutowym, przez Gdynię. O tym, że dotarł na Zachód, podało Radio Wolna Europa. O tym, że wrócił do Judith i w 1952 roku pobrali się ponownie w tym samym londyńskim urzędzie stanu cywilnego, już radio nie podało.

Za pożyczone pieniądze Radomscy otworzyli w Londynie lokalik Coffe Inn, gdzie przy pysznej kawie brytyjscy arystokraci jedli upieczone przez żony lotników ciasta. Potem Zdzisław prowadził interesy w Europie, Ameryce Północnej i na wyspach Bahama, gdzie wybudował 3 hotele. W tym Silver Point, ponoć najpiękniejszy budynek w tym rejonie świata. Ostatecznie osiedlił się w Kanadzie. Zmarł na krótko przed swoimi 85 urodzinami, 21 stycznia 2000 r.

Źródła:
  • Fotografie ze zbiorów Instytutu Polskiego i Muzeum Sikorskiego w Londynie
  • Dokumenty z Instytutu Polskiego i Muzeum Sikorskiego w Londynie
  • Król W., Myśliwcy, Wydawnictwo MON, Warszawa 1980
  • Maliński J., Samolot zakrył słońce, Agencja Lotnicza ALTAIR, Warszawa 2001
  • Matusiak W., 306 Dywizjon Myśliwski Toruński, Bellona, Warszawa 2004
  • http://ciekawostki-abc-rodziny.pl/news-zdzislaw-radomski-bohaterski-lotnik-z-czasow-wojny,nId,1930540
  • http://www.polishairforce.pl/radomski.html



niedziela, 12 marca 2017

Cechy w dawnej Polsce

W dawnej Polsce podstawą życia miast były cechy. Przypatrując się dzieją miast okresu XIV-XVIII w., zauważyć możemy jak grupują się cechy w swym obrębie wszystkich ludzi pracy w mieście. Każdy mieszczanin należał do cechu kupców, czy kramarzy, przekupniów, rękodzielników, przemysłowców itp. Z czasem w ich zespole wytworzyła się pewna hierarchia wynikająca z podstaw materialnych, a potem w wyniku czasu ustalona.

Powstanie cechów było wynikiem zwiększenia wydajności pracy ludzkiej, potrzeby ulepszenia się życia, uprawy roli, rosnącej umiejętności rękodzieła i możliwości dostępu do minerałów i kruszców w ziemi. Ludność wiejska zajmuje się wyłącznie rolnictwem (średniowiecze), z małymi wyjątkami, wśród ludności wiejskiej zamieszkują rzemieślnicy dla zaspokojenia potrzeb miejscowych: przekupnie, owczarze, właściciele młynów, karczem, czy wiatraków.

Natomiast mieszkańcy miast przez życie w większych gromadach dochodzą do wyższej zamożności, zajmują się handlem i przemysłem. Ważnym momentem w dziejach Polski jest sprowadzenie osadników niemieckich w XII/XIV w. Wprowadzenie handlu „zagranicznego” i pewne ugody handlowe wnoszone przez Piastów doprowadziło do wzbogacenia się warstwy kupieckiej mieszczan. To właśnie za sprawą tych czynników, a także prawa zwanego magdeburskim wprowadzonego w Polsce kwitło kupiectwo, a co za tym idzie bogactwo miast. Wraz z otrzymaniem prawa niemieckiego miasto dostało przywilej urządzania paru lub kilku jarmarków w roku, oraz tygodniowych targów, tak było i z Kruszwicą.

Na pierwszym miejscu w mieście byli więc kupcy, za nimi dopiero szły inne cechy, stosownie do swej zamożności, a więc złotnicy, kuśnierze, cechy żywnościowe, odzieżowe itd.

W momentach reprezentacyjnych przy wystąpieniach oficjalnych i procesjach religijnych, przestrzegano ściśle ustalonej hierarchii, nie łamano ogólnie obowiązującej dyscypliny cechowej, w pierwszym szeregu szli najbogatsi kupcy.

Cechy wpajały swym członkom pewne nauki płynące z przestrzegania prawa i władzy, poszanowania dla religii i tradycji, pojęcia nierozerwalności więzów rodzinnych i socjalnych, zasady wielkiego znaczenia pracy uczciwej i fachowości rzemieślniczej, przez co stawały się szkołą etyki obywatelskiej, rodzinnej i zawodowej w czasach, gdy żadnego innego wyszkolenia pracownik nie otrzymał.

Jak ważną funkcję pełnili członkowie cechów to oczywiste: zbroili baszty miejskie, zaopatrywali je w żywność i proch, a w czasie wojen i oblężeń bronili własną krwią swych miast.

Ślady istnienia organizacji cechowych przechowały się do dzisiaj w najrozmaitszych zabytkach, będących źródłami materialnymi, oznakami ich uprawnień i czynności. Poza bowiem materiałami archiwalnymi, protokołami posiedzeń i sądowniczymi cechu, wykazami wpisów majstrów, czeladników i uczniów, księgami opłat i rachunków, rejestrami karnymi, listami, pozostały liczne zabytki, służące niegdyś jako symbole organizacji cechowych. Na niektórych obiektach i dziś możemy znaleźć pewnego rodzaju podpisy, za pomocą symboli mistrzowie zostawiali ślad po swej pracy. Przykładem jest Kolegiata kruszwicka.

Każdy cech miał swego patrona, kościół, kapliczkę, lub ołtarz, pod swą opieka. Specjalnie delegowani mistrzowie czuwali nad ich obsługa, zaopatrzeniem w światło i sprzęty kościelne. W dni tych patronów uczestniczono w uroczystościach.

Ogólnym świętem obchodzonym przez wszystkie cechy był dzień Bożego Narodzenia. Corocznie cechy wznosiły strojne ołtarze w tym dniu, a także członkowie cechów uczestniczyli w uroczystościach procesji, z okazałymi sztandarami cechowymi z insygniami różnych rzemiosł. Można było odróżnić wówczas starszych braci rzemiosła od pozostałych braci, u tych pierwszych widoczne było bogactwo, berła metalowe.

Po zakończeniu uroczystości liturgicznych, cechy kierowały się we wzorowym porządku na zawody strzelania. Wesoła czeladź prowadziła najrozmaitsze okazy zwierząt domowych oraz niosła różnorodne przedmioty, przeznaczone na nagrody dla najwybitniejszych strzelców, spośród których wyłaniano „króla kurkowego” na nowy rok, a jego domostwo odwiedzała biesiada.

Uczty i wszelkie zgromadzenia odbywały się w gospodarstwach cechowych, które każde rzemiosło posiadało osobno. Izby ich przyzdobione były w obrazy, krzyże i kandelabry, w których tkwiły świece woskowe, zapalane na znak rozpoczęcia obrad. Skarbce o skomplikowanych zamkach i pięknym misternym wyglądzie, kryły archiwa cechowe, berła cechmistrzów, pieczęcie, zaopatrzone niekiedy nieznaną dziś symboliką, wskazujące na wpływ zagraniczny na polskie rzemiosło. Chowano tam też naczynia cechowe, wota wyzwoleńcze oraz narzędzia kar tj. korbacze, którymi chłostano przestępców cechowych po wyroku sądu cechowego.

Główną część mieszkańców po miastach stanowili w Polsce, podobnie jak w Niemczech i innych krajach na zachodzie, rzemieślnicy. To oni byli właściwie przemysłową warstwą, fabryki bowiem zjawiają się dopiero w drugiej połowie XVIII stulecia, w Polsce nawet dopiero pod koniec tego okresu. Powolny upadek cechów możemy zauważyć kiedy rozpoczął się proces masowego uprzemysłowienia miast.


Opracowanie Bartłomiej Grabowski, źródła: Z. Daszyńska-Golińska, Miasta i cechy w dawnej Polsce z rysunkami w tekście, Warszawa 1906; Kruszwica Zarys Monograficzny, pod re. J. Grześkowiaka, Toruń 1965 r., Publikacje R. Heck, teksty wybrane, Miasta i mieszczaństwo średniowieczne, Warszawa 1959 r.

sobota, 11 marca 2017

Z dziejów Szwadronu Nadgoplańskiego

Powstanie Wielkopolskie bardzo szybko ukierunkowało się w stronę Kujaw. Już 2 stycznia 1919 r. sierżant Słabęcki i jego oddział po krótkich walkach zdobył Strzelno. Następnego dnia, 3 stycznia 1919 r., oddziały powstańcze pod dowództwem ppor. Pawła Cymsa (któremu również podlegał Słabęcki) dotarły do Kruszwicy. Grenschultz został rozbrojony w mieście już wcześniej przez oddziały powstańcze, a sprzęt wojskowy stacjonujących w Kruszwicy i okolicznych wsiach żołnierzy pruskich skonfiskowano. Jedną ze zdobyczy były konie kawaleryjskie z pełnym rynsztunkiem. Dziesięć koni powstańcy dosiedli już w Strzelnie, konnica została szybko zmieniona w sztab ppor. Cymsa, 18 pozostałym wierzchowców pochodziło z Kruszwicy.

Z 4 na 5 stycznia 1919 r. powstańcy zajęci byli transportem oddziałów do Mątew, oprócz omawianych oddziałów dołączyły do nich także dwie kompanie pułku piechoty przybyłe z Włocławka koleją wąskotorową. W Kruszwicy ze zdobytych koni utworzono sztab Stanisława Chełmickiego, sztab udał się również do Mątew, choć początkowo zatrzymał się w Tupadłach tak jak reszta oddziału. Chełmicki miał problemy z utrzymaniem dyscypliny wśród swoich, co doprowadziło do zmian w kadrze oficerskiej. Cyms mianował nowego dowódcę sztabu Jana Głowackiego i rozkazał mu sformować sztab kawalerii. Tak powstał „Szwadron Nadgoplański” jednostka której zalążek oddziału konnego stanowili kruszwiczanie.

Jan Głowacki ze swym świeżym oddziałem i piechotą powstańczą wkroczył do Inowrocławia już 6 stycznia 1919 r. Na Rynku przywitał ich przewodniczący Powiatowej Rady Ludowej dr Józef Krzymiński. Miało to miejsce chwilę po zawarciu rozejmu z garnizonem niemieckim. Szwadron otrzymał uzupełnienia w postaci rozbitych oddziałów powstańczych, które już wcześniej stoczyły ciężkie boje między innymi o dworzec kolejowy (dow. Józef Owczarski). Szwadron Nadgoplański zakwaterował się w stajniach zajazdowych kupców sklepów spożywczych. Przeznaczono je dla ułanów będących cały czas w gotowości do walki. Szwadron przeznaczony był do patroli rejonu, obrony okolicznych wsi i miasta przed rabunkami. Ułani zajmowali się również dostarczaniem listów, kilku gońców z oddziału Głowackiego, również i dowódca przebywało w Hotelu Bast, gdzie mieścił się sztab ppor. Cymsa. Zadaniem gońców było przekazywanie informacji ze sztabu do dowództwa Szwadronu. Ułani zajmowali się również rozpoznaniem, kiedy dochodziło do strzelaniny w mieście konnica ruszała na miejsce skąd dobiegały odgłosy walki i zawiadamiała dowództwo o sytuacji.

Piechota włocławska wyruszyła na północ opuszczając Inowrocław, Szwadron otrzymał wówczas koszary artylerii, położone przy ulicy Jacewskiej. Miało to miejsce 9 stycznia 1919 r. Koszary były dużo wygodniejsze od stajni kupieckich, były nowe, blok mieszkalny ułanów stał obok co było bardzo na rękę „grupie szybkiego reagowania” jaką stanowili jeźdźcy Szwadronu. W tym czasie do jazdy nadgoplańskiej dołączali kolejni ochotnicy. Początkowo koni nie brakowało, część była podarunkiem od miejscowych chłopów np. koń Stacha Zakrzewskiego z Mirosąłwic (późniejszy dowódca kawalerii, zdobywca Monte Cassino w 1944 r.). Z uwagi na przypływ świeżego rekruta dowódcy wprowadzili w oddziałach szkolenie polegające na dyscyplinie w szeregach, a także przyuczeniu jak obchodzić się z koniem. Każdy ułan otrzymał wierzchowca i wyznaczono mu miejsce w stajni. Uczono jak właściwie wyprowadzać konia na wypadek alarmu. Odbywały się próby alarmowe, podczas których zarówno ułan jak i koń przyzwyczajali się do reagowania w nagłych przypadkach.

Oddziały Szwadronu Nadgoplańskiego początkowo nie nosiły jednolitych mundurów. Można było spotkań kawalerzystę ubranego w mundur niemiecki, albo mieszany np. spodnie cywilne, zwykła czapka robotnicza, a niektórzy byli ubrani całkowicie w ciuchy cywilne. Podobnie było z uzbrojenie. Sytuacja zmieniła się tuz po przeglądzie, magazyny pruskie pozwoliły ułanom na jednolite ubrania i dozbrojenie. Zamiast rogatywek nosili jednolite niemieckie czapki polowe. Szwadron zmienił swój wygląd, również konie początkowo dosiadano również roboczych zmieniono na te z demobilu armii niemieckiej. Szwadron zajął całe koszary, trzymał wartę przy bramie wjazdowej. Początkowo funkcję wartownika pełnił jeden ułan, reszta pełniła służbę przy areszcie i wartowni. Dowódca wart pełnił również obowiązki profosa. Aresztanci byli karani głównie za brak dyscypliny lub innych drobnych przewinień. Rewidowano cywilów przebywających w okolicy koszar, z uwagi na częste kradzieże w okolicach jednostki. Wkrótce podobne sytuacje doprowadziły do wzmocnienia straży, wartę pełniło dwóch ułanów, a cywilów nie wpuszczano do koszar bez okazania specjalnego upoważnienia.

Szwadron Nadgoplański odbywał codzienne ćwiczenia w godzinach popołudniowych i musztrę. Starsi żołnierze i młodsi ćwiczyli oddzielnie. Musztrę młodych niedoświadczonych ułanów prowadził kapral Tomczak. Ćwiczenia z koniem i na koniu odbywały się przed południem. Często kawalerzyści ćwiczyli w terenie.

Dnia 16 stycznia 1919 r. cała załoga piechoty oraz Szwadron złożyły przysięgę żołnierską na Rynku w Inowrocławiu. Szwadron zaprezentował się w pełnym poniemieckim umundurowaniu, w butach kawaleryjskich, z szablami u boku, z koszykiem przy rękojeści. Szwadron wystąpił na koniach, lecz bez karabinów. Widok był wspaniały. Staliśmy w dwuszeregu na Rynku po stronie wylotu ulicy Świętego Ducha. Na czoło wysunął się dowódca na swojej śronce, a za nim trzech wachmistrzów dowódców plutonów. Resztę rynku wypełniła piechota, a na chodnikach i jezdni było pełno publiczności. Do pocztu sztandarowego wyznaczono wachmistrza Szymyślnika i sześciu ułanów – byłych uczniów gimnazjalnych. Byłem wśród nich. - opowiadał powstaniec wielkopolski, ułan Szwadronu Nadgoplańskiego Marian Głowacki.

Po złożeniu przysięgi Szwadron wraz z sztandarem do koszar, gdzie odbył się obiad i zabawa ułańska w kasynie. Na uroczystości robiono zdjęcia. Szwadron liczył 120 szabel, koni było więcej.

Konne patrole krążyły po mieście i okolicach Inowrocławia, w obawie przed tworzącymi się bandami, które napadały i rabowały mienie państwowe i prywatne, zwłaszcza kolonistów niemieckich. Oddział żandarmerii konnej pod dowództwem wachmistrza Grobelskiego przejął później obowiązki policyjne w mieście.

W kwietniu 1919 r. nastąpiła likwidacja Szwadronu z rozkazu Naczelnego Dowództwa Wojsk Wielkopolskich. Ułani przeszli do Drugiego Pułku formowanego w Biedrusku koło Poznania, kilku przeniesiono również do artylerii, a także Trzeciego Pułku Żółtych Ułanów w Gnieźnie. Konie odesłano do artylerii w Poznaniu, kilka do straży granicznej, a najlepsze wierzchowce zabrał Sztab Główny w Poznaniu.

Opracowanie Bartłomiej Grabowski, źródła: M. Głowacki, Szwadron Nadgoplański w Powstaniu Wielkopolskim na Kujawach, Wspomnienia ułana z 1919 r., Strzelno 1984 r., Fot. 1) powstaniec wielkopolski i ułan Szwadronu Nadgoplańskiego Marian Głowacki - autor, 2) Mieczysław Słabęcki, kawalerzysta, powstaniec wielkopolski; F. Nowicki, Udział kruszwiczan w Powstaniu Wielkopolskim, w: Kruszwica Zarys Monograficzny, pod red. J. Grześkowiak, Toruń 1965., L. Tokarski, J. Ziołek, Wspomnienia Powstańców Wielkopolskich, Szwadron Nadgoplański w walkach o oswobodzenie Kujaw, opowiada J. Głowacki, Poznań 1978, s. 57-66.



poniedziałek, 6 marca 2017

Zebranie Towarzystwa Powstańców i Wojaków w Ostrówku nad Gopłem 1932 r.

Przeglądając „dzisiejszą prasę”, a w zasadzie marcową prasę z ubiegłego stulecia natknąłem się na materiał dotyczący zebrania Towarzystwa Powstańców i Wojaków w Ostrowie nad Gopłem. Dziennik Kujawski z 6 marca 1932 r. (nr 54) donosił, że organizacja rozwija się znakomicie. Towarzystwo nie dało narzucić sobie statutu sanacyjnego, członkowie podtrzymywali tradycję narodowe.

Na walnym zebraniu, które odbyło się na początku roku (w styczniu) wybrano zarząd, w skład którego weszli: - prezes Słabęcki Józef z Orpikowa; wiceprezes – Bednarki Michał z Karska; sekretarz – Urbaniak Michał z Ostrowa nad Gopłem; skarbnik – Hey Wojciech z Karska; komendant – Jabłoński Franciszek z Ostrowa nad Gopłem; referent oświaty – Rogalski; referent organizacyjny – Hojnacki Wawrzyniec; ławnicy: - Czensz Stanisław z Orpikowa, Boniewicz Leon i Przybysz Ignacy z Karska; komisję rewizyjną tworzyli: - Fiutak Piotr, Pogorzały Leon z Orpikowa i Kłosowski Leon z Witowic. Poza tym wybrano sąd honorowy w osobach: Bednarskiego, Siesińskiego i Rogalskiego.

W niedzielę, dnia 28 lutego odbyło się na salce parafialnej plenarne zebranie, które otworzył p. Słabęcki. Protokół odczytał p. Urbaniak. Odczytano okólnik zarządu okręgowego, w którym przyznano odznaczenia kilku działaczom i dyplomy zasługi. Później przystąpiono do obrad dotyczących urządzenia obchodów 5 letniej rocznicy istnienia Towarzystwa. Sprawę obchodów zreferował p. Słabęcki. W dyskusji zabrali głos panowie: Hey, przybysz, Kępski i inni. Przyjęto kilku nowych członków po czym prezes zakończył zebranie hasłem „Wolność!”.


Opracowanie Bartłomiej Grabowski, źródło: Dziennik Kujawski z 6 marca 1932 r. nr 54. Fot. archiwum Nadgoplańskiego Towarzystwa Historycznego 19 maja 2015 r.

niedziela, 5 marca 2017

Kapitan Ignacy Nowak (1891-1941?)

W okresie II Rzeczypospolitej we Lwowie w dzielnicy Zamarstynów powstało centralne więzienie wojskowe dla komendantur w Polsce południowo-wschodniej. Na początku II wojny światowej do Lwowa wkroczyła Armia Czerwona, agresor zmienił zakład karny w więzienie polityczne NKWD.

W więzieniu NKWD na Zamarstynowie w 1941 r. dokonano masowego mordu na więźniach. Na liście ukraińskiej figuruje kruszwiczanin kapitan Ignacy Nowak.1

Kapitan zawodowy Ignacy Nowak ur. 25.07.1891 r. w Kruszwicy. Syn Michała i Józefy z domu Winieckich. W 1913 r. wcielony przymusowo do armii niemieckiej, brał udział w walkach na froncie francuskim i rosyjskim – począwszy od Libru aż do Dniepru. Z wojny wrócił czterokrotnie ranny, nie powstrzymało go to jednak przed spełnieniem obowiązku patriotycznego i wstąpił to tajnej organizacji w Kruszwicy. Powstaniec Wielkopolski zostaje dowódcą kompanii w baonie kruszwickim, wcielonym następnie do 5 Pułku Strzelców Wielkopolskich, a później 59 p.p. Inowrocław.

Jako dowódca kompanii brał udział w walkach o Kruszwicę, Inowrocław, Łabiszyn, a także Jeżewo. Kiedy po uporczywych walkach Niemcy na chwilę zdobyli Jeżewo, wyrusza na czele odwodu kompanijnego zabierając do niewoli 60 jeńców, 4 c.k.m. i duże ilości amunicji oraz broni ręcznej.

Podczas odwrotu do Berczyna z powierzoną mu kompanią przedostał się na tyły nieprzyjaciela poza Końsk i uderzył z całą siłą. Wróg w zamęcie i popłochu rzucił się do ucieczki. Oddział Nowaka zdobył 200 wozów i 400 jeńców.2 Za odwagę i męstwo odznaczony: Krzyżem Virtuti Militari V kl., Krzyżem Niepodległości, Krzyżem Walecznych, Medalem Pamiątkowym za Wojnę, Medalem Dziesięciolecia, Medalem Dwudziestolecia, Medalem za Długoletnią Służbę.

Służbę wojskową pełnił w 59 Pułku Piechoty Inowrocław, 17 Baonie KOP Dawidgródek Polesie, 70 Pułku Piechoty Pleszew, PKU Rawa Ruska we lwowskim. Bierze udział w kampanii wrześniowej. Dnia 17 września 1939 r. rusza na wschód, wzięty do niewoli i osadzony w więzieniu NKWD na Zamarstynowie.3 Rozstrzelany przez NKWD wraz z innymi współwięźniami prawdopodobnie w 1941 r.4

W latach 1939-1941 w budynek więzienia nr 15 mieścił 1500 osób (na terytorium całego ZSRR przebywało około 500 tysięcy osób osadzonych w więzieniach). Po przejęciu obiektu przez NKWD i ataku Niemiec na ZSRR odbył się tu masowy mord więźniów przez funkcjonariuszy NKWD (czerwiec 1941 r.).6 Rozstrzelano 924 więźniów, m.in. generała Tarnawę-Malczewskiego, Jana Nalborczyka i Rudolfa Regnera.7




Opracowanie Bartłomiej Grabowski, na podstawie wspomnień Danuty Rumfeld z domu Nowak, córki kapitana Ignacego Nowaka, długoletniego członka Miejskiego Komitetu Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa w Bydgoszczy. Pozostałe źródła: J. Milewski, Anna Pyżewska, Początek wojny niemiecko-sowieckiej i losy ludności cywilnej, IPN, Warszawa 2003; B. Musiał, Machina zbrodni NKWD, „Historia do Rzeczy” 7 (41), lipiec 2016; D. Schenk, Noc morderców, Kaźń polskich profesorów we Lwowie i holokaust w Galicji wschodniej, Kraków 2011; J. Węgierski, Lwów pod okupacją sowiecką 1939-1941, Warszawa 1991.

1 Wg. akt Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Departament Prokuratury, akta zostały przekazane w listopadzie 1940 r. do 1 Oddziału Specjalnego NKWD w Moskwie
2 Wg. akt osobowych Centralnego Archiwum Wojska Polskiego.
3 Poz. 2081 55/4-82, akta więzienia zamartowskiego we Lwowie, widnieje na liście 4-setce rozstrzelanych przez NKWD, jako 82-gi.
4 Ibidem.
5 Na ziemiach polskich funkcjonowało 46 więzień ogólnych, z dokumentów odnalezionych w sowieckich archiwach wynika, że stan osadzonych w kresowych więzieniach na dzień 10 czerwca 1941 wynosił ponad 39 tys. osób.
6 24 czerwca 1941 r. komisarz spraw wewnętrznych Ławrientij Beria wydał rozkaz rozstrzelania wszystkich więźniów politycznych przetrzymywanych w obozach ZSRR, których ewakuacja w głąb kraju była niemożliwa. Latem 1941 r. zamordowano około 20-30 tysięcy ludzi na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej.
7 Muzeum Pamięci Narodowej „Więzienie przy Łąckiego” we Lwowie.