środa, 24 czerwca 2015

Dawne zwyczaje i tradycje - Sobótki, noc świętojańska, św. Jana


Noc świętojańska fascynowała całe pokolenia Polaków i to nie tylko tych, którzy spędzali ją przy ognisku. Czarowi tej niezwykłej, tajemniczej nocy ulegali poeci, malarze i muzycy.

Sobótki to jeden z najbardziej zagadkowych obrzędów. Ich rodowód sięga pogańskich czasów i jak twierdzą etnografowie, pozostaje w ścisłym związku z letnim przesileniem słonecznym. Dowodzi tego rola ognia, który w sobótkowe wieczory był najważniejszy.



Kanonik sandomierski Marcin z Urzędowa napisał w 1562 r.: „U nas w wilię św. Jana niewiasty ognie paliły, tańcowano i śpiewano djabłu cześć i modły czyniąc; tego obyczaju pogańskiego do tych czasów w Polsce nie chcą opuszczać niewiasty, bo takież to ofiarowanie tego ziela [bylicy] czyniąc, wieszając, opasując się niem. Święta też tej djablicy święcą, czyniąc Sobótki, paląc ognie, krzesząc ognia deskami, aby była prawa świętość djabelska; śpiewają djabelskie pieśni plugawe, tańcując, a djabeł też skacze, radując się, że mu chrześcijanie czynią modły i chwałę miłego Boga żadnego nie będzie, a około Sobótki będą wszyscy czynić rozmaite złości”.

Widzimy jak bardzo Kościół obawiał się tego święta. Obawy kanonika, okazały się jednak niepotrzebne. Nadal oddawano cześć św. Janowi.

Kiedy palono Sobótki? W zależności od regionu na Zielone Świątki lub w noc świętojańską. Ognie palono na wzgórzach, miedzach, drogach, na skrajach lasów, na ugorach, nad rzekami, ale nigdy na uprawnych polach.

Ogień krzesano w sposób archaiczny – deskami, pocierano jedną o drugą. Słowianie na Kujawach zwali Sobótki „Kresami” lub „Krsz”, co oznaczało krzesanie ognia.

Z czasem stara wiara zmieszała się z nową. W wigilię św. Jana wieczorem wiejska młodzież udawała się gromadą do ustalonego przez odwieczny zwyczaj miejsca, by przygotować stos na ognisko. Dzień był długi, noc będzie krótka. Gospodarze, oporządziwszy dobytek, ściągali powoli na Sobótkę. Wokół stosu leżały kłody, aby starsi i godniejsi mieli gdzie spocząć. Młodzież czekała niecierpliwie, coraz to drew do stosu dokładając. Wreszcie zbierała się starszyzna. Wtedy można było krzesać ogień.

Starsi nieśli pęki bylicy w dłoniach, młodsi, zwłaszcza dziewczęta, poobwieszały się tym magicznym zielem. Za starszyzną ciągnęli grajkowie, coraz wyraźniej słychać było piszczałki, dudy i bębny.



Nagle buchnął ogień. Snop iskier strzelił w niebo złotym pyłem. Ogień obejmował coraz grubsze pniaki. Radosne trzaskanie palących się drew ginęło w narastającej wokół wrzawie.

Znalazła się i beczka piwa, i antałki z gorzałką. Szybko powiększała się przy nich gromada spragnionych.

Znaleźli się i pierwsi śmiałkowie do skoku przez ogień. Krążyli dookoła ogniska czekając, aż płomienie nieco przygasną. Skakały i dziewuchy, jak opętane, ustrojone w bylice, furkając spódnice. Skakali młodzi jeden po drugim, tędy i owędy, i na krzyż. Odważnych nie brakowało. Starzy patrzyli na igrzysko siedząc na zwalonych kłodach i kiwali głowami.

Rozbrzmiewały dowcipy, żarty, głośny śmiech. Potem szukano kwiatu paproci. Ten „kici się” tylko w wigilię, św. Jana o samej północy. Kto go zerwie, ma zapewnione szczęście. Tylko trudno go znaleźć, bo demony bronią do niego dostępu. Dziewczęta wierzyły, że znalezienie kwiatu paproci, pomoże im w przyszłości znaleźć dobrego męża.

Kiedy ogień przygasał, bo mało dorzucano do niego drwa, wyruszano nad rzekę, czy jezioro. Dziewczęta rzucały do wody wianki z kwiatów. Im dalej popłynął od brzegu, tym lepiej, bo zwiastowało to zamążpójście i dobra partię. Smutno było tej, której wianek zatrzymał się na konarze. Gdy się tak stało, jeszcze rok dziewczyna musiała poczekać.



Siła Sobótek była wielka. Kościół zakazał tego pogańskiego zwyczaju (Synod krakowski 1408r., zakazał ich również Król Kazimierz Jagiellończyk w 1468 r.), mimo to przetrwał ten zwyczaj, aż do I Wojny Światowej.

Powoli zwyczaj przemienił się w tradycję, bardziej odpowiednią i tolerowaną przez Kościół. Zbierano wówczas rumianek do celów leczniczych. Gospodarze strzygli w tym okresie owce (24 czerwca św. Jana). Istniał także zwyczaj obdarowywania pana chlebem. Również król otrzymywał bochenek wypieczony i podarowany przez chłopów (pisał o tym Ł. Gołębiewski, zwyczaj obchodzone szczególnie w Krakowie, stolicy Polski).




Dziś traktujemy Sobótki, noc świętojańską bardziej jak zabawę. Pieczemy kiełbaski nad ogniem i wspólnie, całymi rodzinami spędzamy czas na powietrzu. Zazwyczaj na Sobótki (Święto młodości, jak mówi starsze pokolenie kruszwiczan) przypadają w „Dni Kruszwicy”. W św. Jana, w kościołach odprawiana jest msza św. Niektórzy księża, parafii znajdujących się nad jeziorem, po wieczornej mszy św. udają się nad jezioro, aby poświęcić wodę. Ta tradycja otwiera sezon kąpielowy. Mówi się, że w św. Jana woda przekwita. Święto Narodzenia św. Jana Chrzciciela była dawniej, ostatnią tak hucznie obchodzoną uroczystością przed pracami w polu – żniwami.

*Opracowanie Bartłomiej Grabowski na podstawie źródła: Polskie Tradycje Świąteczne, Ewa Ferenc.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz